niedziela, 14 lipca 2019

#5 DW: Hermia Stone


Zapraszam was na Debiutanckie Wspomnienia Hermii Stone, autorki świetnej powieści obyczajowej z wydawnictwa Inanna. Dzisiejszy post w szczególności powinien spodobać się fankom przystojnych rockmenów, dlatego polecam czytać do końca!


Prawda jest taka, że cały poniższy tekst mogłabym streścić do dwóch słów: „Przez przypadek”. Co, hm, tak właściwie jest chyba mottem mojego życia. Oh well. 
A więc tak… 

Pisanie powieści: Przez przypadek 

Kiedy kończy się szkołę i nadchodzi ten upragniony moment wolności, by móc wybierać co chce się robić z własnym życiem, człowiek myśli, że teraz już będzie interesująco. I bardzo często jest. Ale zdarzają się też momenty kompletnej, stuprocentowej nudy. Na przykład niektóre zajęcia na uniwersytecie. Niby kierunek, który się wybrało, wykładowcy spoko, zajęcia ciekawe… no, ale nie oszukujmy się, nie wszystkie. A ile można grać na komórce (odpowiadam: dopóki nie przejdzie się wszystkich zainstalowanych darmowych gier, dokładnie tyle. Drugi raz już nie jest tak zabawny. Osobiście polecam otome). Więc co jeszcze można robić? Plotkować z koleżankami? No niby tak. Podrywać kolegów? Też, o ile są jacyś interesujący. Oddać się rozmyślaniom o fikcyjnym świecie, seksownym blond wokaliście i długowłosym gitarzyście? Um… no tak. I po jakimś czasie fabuła rozmyślań zagęszcza się na tyle, że nie pozostaje nic innego, niż stworzenie bohaterki pasującej do tych dwóch i napisanie ich historii. Tak właśnie urodziła się dziewczyna zwana Joy. 

Wysłanie powieści: Przez… przypadek? 

No może nie do końca, bo to nie tak, że miałam wysłać maila z esejem porównawczym o sztuce Azteków i Majów, a wysłała mi się książka na adres wydawnictwa… ale blisko :D. Tu warto wspomnieć, że pisałam po polsku, trochę w ramach rozrywki i ćwiczenia języka, trochę po to, by zrobić psikusa znajomym, gdyby chcieli zaglądać mi przez ramię, by sprawdzać, co piszę. Bo w sumie czemu nie? Jakoś lepiej składało mi się zdania literackie właśnie w tym języku. I gdzieś w internecie mignęła mi informacja o konkursie, organizowanym przez polskie wydawnictwo na powieść obyczajową dziejącą się w Polsce. No więc – oczywiście – nie miałam w szufladzie kompletnie nic, co by pasowało do tego profilu. Zignorowałam więc konkurs… i wysłałam „Joy” przez ogólny formularz wydawnictwa. Po czym zapomniałam o sprawie. Nie na długo… 

Odbieranie maila: Z przyzwyczajenia 

Nie pamiętam dokładnie ile czasu minęło od wysłania „Joy” do maila zwrotnego. Do pozytywnego maila zwrotnego, żeby było jasne. Miesiąc? Może dwa, nie więcej. Wydawnictwo Inanna musiało mieć akurat jakąś lukę w wysyłaniu propozycji literackich – może wszyscy chętni skupili się na konkursie, który jeszcze trwał i mój mail trafił na krótką kolejkę, trudno powiedzieć. W każdym razie przyszła odpowiedź. Wraz z propozycją umowy. Szczękę z podłogi zbierałam jeszcze przez tydzień. Nie zamierzałam pisać romansów obyczajowych. Tym bardziej nie zamierzałam ich wydawać. To wyszło tak, przez przypadek. 

Praca z tekstem: Z zaangażowaniem i frustracją 

A potem wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Tak mi się przynajmniej wydaje, nie żebym miała jakieś wielkie doświadczenie w kwestii, jak przebiega proces wydawania książki – teraz, po rozmowach z innymi autorami wiem, że w każdym wydawnictwie wygląda to nieco inaczej, więc uznajmy, że wiele mi ta wiedza nie pomogła w zrozumieniu działania rynku :D. W każdym razie książka ruszyła do redakcji, wróciła, chyba nieco pokłóciłam się z redaktorką, książka ruszyła z powrotem, wróciła drugi raz i jak już doszłyśmy do kompromisu powędrowała do korekty. Wróciła po korekcie, przeczytałam „Joy” raz jeszcze, podmieniając co bardziej irytując powtórzenia, które z jakiegoś powodu umknęły wszystkim… i tak, to wszystko może nie brzmieć super fascynująco, ale warto zdawać sobie sprawę, że własną książkę już po przyjęciu a przed wydaniem trzeba przeczytać w całości jeszcze kilka razy. Więc kiedy wypuszcza się ją z rąk jednocześnie się ją kocha, ale i trochę nienawidzi. Zmęczenie materiału full mode. 

Debiut: Z zaskoczenia 

Maila z pozytywną odpowiedzią dostałam w połowie października 2018 roku. Książka na półkach pojawiła się pod koniec marca 2019 roku. Mniej niż pół roku od odezwy i pewnie ze trzy miesiące samej pracy nad tekstem. Musicie mi uwierzyć na słowo, ale jak na standardy wydawnicze tempo wręcz kosmiczne. Znam autorki, które czekały dwa lata. Do tego pojawił się ebook i audiobook. Trzeba przyznać, że wydawnictwo zadziałało z rozmachem. 

Promocja: Z rozmachem – jeśli już o nim mowa 

Z rozmachem, także jeśli chodzi o kontakt z cudownymi, fantastycznymi blogerkami i autorkami książek, które nie dość, że napisały mi wspaniałe blurby na skrzydełkach, to jeszcze promowały mnie w internecie i troszkę, nawet nieświadomie, trzymały za rękę, kiedy stawiałam pierwsze kroki jako autorka. Bez ich wsparcia na pewno nie byłoby mi tak łatwo w zupełnie obcym świecie. Tutaj podziękowania należą się Alicji Wlazło, Małgorzacie Falkowskiej, Darii Skibie, Justynie Leśniewicz (z Książko, miłości moja), Agnieszce Rybskiej – Blonderce (która zawsze ma na swoim blogu cudowne zdjęcia z książkami, śledzę ją z przyjemnością), Annie Buczkowskiej (znanej jako Zaczytana Aniaa), Hannie Smarzewskiej (z super prężnego profilu Nie oceniam po okładkach) i Katarzynie Ewie Górce (boskiej @katherine_the_bookworm). A także wielu, wielu innym osobom, które pisały o mojej książce, robiły jej zdjęcia w najdziwniejszych miejscach i w ogóle mówiły o „Joy” dobrze. Ich wsparcie było jak połączone siły bohaterów Kapitana Planety. 

Po debiucie: Z sympatią 

Właśnie mijają trzy miesiące od mojego debiutu i otrzymałam tak wiele bezpośrednich wyrazów sympatii, że aż się ciepło robi na sercu. Podejrzewam, że krąży też wiele mniej pochlebnych opinii, ale po prostu ich nie szukam. Nie jestem super aktywnym autorem ani jeśli chodzi o sprawdzanie każdej notatki jaka się pojawi o książce, ani jeśli chodzi o osobiste kontakty z czytelniczkami – i mam nadzieję, że to drugie zostanie mi wybaczone. Ale miałabym z tym problem czysto geograficzny. Natomiast z radością zawsze odpowiadam na wszystkie wiadomości jakie dostaję na fb, uczestniczę w różnych rozmowach i odpowiadam na pytania. Może nie zawsze mam czas, by zrobić to od razu, ale jeśli ktoś do mnie napisze, to odpowiem. 

Plany: Nieprzypadkowe 

Teraz, powolutku, piszę ciąg dalszy i mam nadzieję, że nie zawiodę tych osób, którym podobała się „Joy”. Na razie mam tytuł. I jakieś trzy pierwsze rozdziały, więc musicie dać mi jeszcze trochę czasu, ale postaram się, by książka była jak najlepsza. A przynajmniej tak dobra, jak jestem w stanie ją napisać. Mogę chyba zdradzić, że pojawi się większość znanych osób… i przynajmniej jedna nowa. I w porównaniu z Joy, to będą chodzące rockowe kłopoty. 



HERMIA STONE - JOY

Joy jest przeciętną dziewczyną. Ma zwyczajną pracę, kilku w miarę normalnych znajomych i nie wyróżnia się niczym, poza tym, że mieszka z mężczyzną idealnym. Prawdopodobnie dlatego, że jest wymyślony. Problem polega na tym, że gdzieś na świecie istnieje jego oryginał i ma się całkiem dobrze. Warto wspomnieć, że jest nieźle zarabiającym i rozpoznawalnym wokalistą znanego zespołu Sundance. Ma tłumy fanek, kilka świetnie sprzedających się płyt na koncie i cały świat u swoich stóp. I jak to w takich opowieściach bywa, to tylko kwestia czasu, aż ta dwójka zetknie się w świecie jak najbardziej rzeczywistym. 
To nie jest jednak prosta opowieść o wybuchającej miłości, kończącej się „i żyli długo i szczęśliwie”. Joy, pod wpływem przymusu i impulsu, podpisuje umowę z managerem zespołu zobowiązującą ją do pracowania dla wyżej wspomnianych. Jak można się spodziewać prawdziwe kłopoty dopiero wtedy się zaczną, pokazując, że prawda drzemie w tekstach takich piosenek jak „Love Hurts”, „Love Bites” czy ewentualnie „Love Kills”. I, wbrew pozorom, nie chodzi tylko o uczucia, ale też rynek muzyczny, stosunki międzyludzkie, przyjaźń czy sztukę kompromisów. Wkrótce Joy, jej znajomi oraz wszyscy członkowie zespołu Sundance przekonają się, co się dzieje, gdy spełniają się czyjeś marzenia.





Mam nadzieję, że wspomnienia Hermii umiliły wam tę niedzielę :) Jesteśmy tu po to, aby sobie pomagać, więc mam nadzieję, że "Joy" zyska choćby kilku fanów dzięki GW! Byłoby superowo, ponieważ chciałabym, aby ten blog był dla debiutantów miejscem, gdzie mogą się przestawić, ale też i zapoznać ze sobą nawzajem. Droga wolna!
Na zakończenie chciałabym serdecznie zaprosić was na fanpage Hermii -> click


UWAGA!
Jeśli chcesz się do nas zgłosić, nie czekaj! 
Napisz! 
Opowiedz nam w skrócie swoją historię i przedstaw nam swoją książkę, 
a my z pewnością przyjmiemy cię z otwartymi ramionami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz