wtorek, 23 kwietnia 2019

#4 DW: Arnold Cytrowski


Znów Debiutanckie Wspomnienia wjechały na bloga! Arnold Cytrowski, autor książki “Przez przestrzeń i czas”, postanowił powiedzieć trochę o sobie oraz swoich przygodach na łamach Gdzie wydać?.

Zapraszam!



Cześć, mam na imię Arnold.

No głupio wyszło, przyznaję. Każdy ma imię, jakie ma, ja jednak wolałbym się nazywać jakoś standardowo.
Ale chyba nie jesteście tu po to, żeby czytać o moim imieniu, w żadnym wypadku.
Jestem pisarzem na początku swojej ścieżki. Niebawem ukaże się moja pierwsza książka i – mam taką nadzieję – że nie ostatnia.
Droga do miejsca, w którym znajduje się obecnie, była wyboista, niepewna, prowadziła przez mgły i bagna, gubiła się i rwała, a ja trochę zbyt wielokrotnie traciłem nadzieję. Jak przystało na staroszkolnego bohatera opowieści napotykałem na swoim szlaku zarówno przyjaciół, jak i wrogów. A to, że ci ostatni, to jest wrogowie, stanowią główny czynnik limitujący, chciałbym zacząć właśnie od nich, mógłbym o tym pisać i pisać, tak właściwie. Z tego co jednak wiem, Was ogranicza czas, mnie ogranicza miejsce, dlatego wspomnę tylko o tym najważniejszym, najokrutniejszym czynniku limitującym.

Rozsądek.

Największym wrogiem tego wszystkiego, to jest: pisania, marzeń, mrzonek, jest rozsądek, zawsze i wszędzie. No wiecie, jak to jest, historia stara jak świat, trochę jak w piosence „Kiedy byłem małym chłopcem” Nalepy. Polecam, swoją drogą, jeśli nie znacie.
Widzicie, kiedy byłem małym chłopcem, bardzo brzydziłem się książkami. No bo jak to tak? Śmieszne to wszystko, dla okularników, chyba, nie dla prawdziwych twardzieli. A każdy chłopiec chce przecież być tym twardzielem. A potem, dziwnym zbiegiem okoliczności – lub też chytrymi nićmi przeznaczenia, jak kto woli – nauczycielka przyniosła na lekcję karton z obowiązującymi nas lekturami. Ja wylosowałem „O psie, który jeździł koleją”. I tak udowodniłem całemu światu, że miłość od pierwszego wejrzenia, owszem, istnieje.
Pochłonąłem ją w ciągu jednej godziny lekcyjnej. Po raz pierwszy w moim krótkim, ośmioletnim życiu targnęła mną pełna gama emocji, byłem naraz zachwycony, co i zrozpaczony. Po raz pierwszy w życiu poczułem głębię istnienia, a także jego sens.
Niewiele później w naszej szkole ogłoszono konkurs literacki, który udało mi się wygrać, i to nie dlatego, że byłem jakiś wybitny (z perspektywy czasu raczej bardzo odtwórczy), tylko dlatego, że - po prostu - kochałem to, co robiłem, gdy inne dzieci liczyły raczej na nagrody, oceny, czyniły to mechanicznie, bez uczuć. Tak przynajmniej przypuszczam.

Pamiętam rząd roześmianych twarzy rodziców, którzy słuchali pierwszej z moich opowieści, pamiętam docenienie, morze oklasków i dumę, która mnie wypełniała.
Wiedziałem już wtedy, że chcę pisać, że chcę tworzyć wspaniałe, poruszające tłumy historie.
I pisałem, uwierzcie mi.
Wyrywałem kartki z zeszytu, spisywałem opowiadania, jednocześnie pochłaniałem kolejne książki, ogrywałem z kumplami papierowe erpegi, oglądałem całe mnóstwo filmów mądrych i głupich, poszerzałem granicę swojej wyobraźni, snułem dalekosiężne plany o tym, jak sam kiedyś staję się znanym i szanowanym pisarzem.
A potem, gdzieś w okolicy gimnazjum, w mojej głowie zrodził się Rozsądek. I muszę wam przyznać, że rozwijał się całkiem dobrze, bez przeszkód.
Nadal myślałem o pisaniu, czyniłem to jednak coraz rzadziej, coraz mniej namacalnie. Wszyscy wkoło przecież nawoływali, że najważniejsze to mieć wykształcenie, to mieć zawód, że trzeba być solidny, że ryzyko nie popłaca. Nie chcę tu powiedzieć, że w takim podejściu nie ma racji, każde zdanie kiełkuje przecież z ziarna prawdy.
Ale co jeśli czujesz w swojej duszy to coś? Co, jeśli urodziłeś się szaleńcem, który potrafi wyrazić siebie jedynie poprzez sztukę? Przecież brak możliwości ekspresji to gotowy przepis na nieszczęście, prawda? Przecież po to, właśnie, tworzymy.

W szkole średniej przestałem pisać, uczyłem się, bawiłem, miałem dobre życie, ogólnie, ale całe te złudne marzenia jakoś wypadły mi z głowy. Może kiedyś, podpowiadał mi Rozsądek. Może spróbujesz na studiach, mówił mój fałszywy doradca.
A potem dostałem się na studia, ciężki kierunek, na który, szczerze, byłem chyba za głupi. Na samym ich początku miałem jeszcze odrobinę wolnego czasu, toteż wybrałem się do jednej z wrocławskich kawiarni, wziąłem ze sobą laptop – sam nie wiem czemu – i napisałem kilka stron czegoś, co miało stanowić dłuższą historię. A potem, gdy obowiązki mnie dopadły, gdy uczelniana presja zjadała mnie od stóp do głów, porzuciłem to, wracając do rozpoczętej historii tylko z doskoku. Przez cały czas tylko machałem ręką, gdybałem sobie, że bez problemu, uwinę się z obowiązkami, odpocznę, i napiszę, kiedyśtam. Przeklęte kiedyśtam.
W końcu nadszedł pierwszy naprawdę zły okres w moim życiu, nie tylko nie miałem czasu, co byłem zdruzgotany emocjonalnie, pierwszy kryzys egzystencjalny. Przez bity rok nie napisałem zupełnie nic, i nawet jeśli próbowałem, nie potrafiłem przelać na papier nawet jednego zdania.
Rozsądek królował, podbijał terytoria marzeń i naiwności, naprawdę stawałem się stuprocentowo społeczną mrówką. Z rozsądku pojechałem też do zagranicznej, wakacyjnej pracy, gdzie było naprawdę, ale to naprawdę ciężko, ciężko na tyle, że w mojej udręczonej głowie zrodziła się refleksja:

Przecież będę pracował całe życie. Co mi z tego wszystkiego?

I ten jeden moment słabości był kluczowy. Wróciłem do Polski, wbrew swoim bliskim wziąłem dziekański urlop, a wszystko po to tylko, by napisać książkę, a raczej ją dokończyć. Sprzeciwiłem się Rozsądkowi, wzniosłem swoje małe, szczere, gorące powstanie.
I nie żałuję. Przez rok nie tylko napisałem książkę, co zupełnie zmieniłem podejście do życia, zobaczyłem szansę tam, gdzie wcześniej widziałem tylko piętrzące się trudności.
Od tamtej pory, jakby nie patrzeć, jest tylko lepiej. Wróciłem na studia, tym razem jednak, dzięki wyrobionemu przez rok czasu nawykowi, wstawałem rano, i pisałem dalej, tworzyłem nowe rzeczy, nadałem im priorytet, a przez to nie tylko moje opowieści zyskiwały na wartości, co i ja sam lepiej radziłem sobie z galopującą rzeczywistością. Gdy tworzę, gdy czuję tą swobodę, wszystko jakoś, całe to trudne życie, stresuje mnie zdecydowanie mniej, tak, że momentami sam siebie nie poznaję, że jeszcze chwila i wysyłam CV do tybetańskich mnichów.
Nauczyłem się sumienności i cierpliwości, a życie mi to wynagrodziło, złoto zawsze trafia do tych wytrwałych. W końcu znalazłem swojego wydawcę, w końcu ukaże się jedna z moich opowieści, w końcu spełniłem swoje największe marzenie.
A wszystko przez to, że na jeden, krótki moment swojego życia przestałem być rozsądny, że ponownie zaufałem ośmioletniemu chłopcu, który płakał nad psem, który jeździł koleją.
No bo, nie oszukujmy się, tu nie chodzi o pieniądze, nie chodzi o sławę. Chodzi o to, by ktoś Was przeczytał i poczuł chociaż część tego, co i Wy czujecie.

Gorąco pozdrawiam, i trzymam kciuki, naprawdę.
Arnold Cytrowski.




Wyobraźcie sobie ciemny, niewyraźny, skłębiony kształt na oślepiająco białym tle. Kształt powoli nabierający głębi, wyrazistości, ostrości. Kształt zmieniający się w sylwetkę szczupłego chłopca.

Wyobraźcie sobie rodzący się w jego głowie Wszechświat.
A potem wyobraźcie sobie jeszcze ograniczające go wymiary.
Czas. I Przestrzeń.
Dla jednego bezbronnego chłopca pokonanie tak potężnych barier to być może zbyt wiele. Ale od czego ma się przyjaciół, jeśli nie od spraw beznadziejnych, właśnie?

Gromada nad wyraz rozmownych czworonogów – we współpracy z nie mniej rozmownym fotelem – rusza na pomoc swojemu zagubionemu Twórcy, by wspólnie z nim stawić czoła galopującej dorosłości.




Witajcie!
Szczerze wam powiem, że będąc teraz na etapie “studiowania, wyrabiania targetów asap, trzymania się dealine’ów i inżynierki na horyzoncie” jestem w takiej pisarskiej, ponad miesięcznej już próżni i, czytając po raz pierwszy ten tekst, pomyślałam: o, wiedząc, że ktoś odbiera to tak samo jest mi minimalnie mniej przykro. Bo przyznajcie, to takie szczere słowa, prosto z serducha o tym, że coś nie wychodzi, że czasem się po prostu nie chce, a czasem przez rok nie siada się do swoich tekstów, którym kiedyś poświęciło się ogrom czasu, aby…? Aby w końcu spełnić swoje marzenie i wydać książkę. 

Ciężko jest przewartościować swoje priorytety i trzymać “rozsądek” w ryzach, jestem pewna, że się zgodzicie. Sama rozumiem to doskonale, ponieważ przez większość czasu to on nadaje mi tempo pracy - może dlatego jestem pracoholikiem… W każdym razie mam nadzieję, że i wy, po przeczytaniu tych kilku stron, przemyślicie swoje marzenia i cele. Bo czasem warto być odważnym - brzmię jak hipokrytka, ponieważ sama nie mam psychy, aby wziąć dziekankę, ale chciałabym. 

Myślę, że wielu z was chciałoby wziąć urlop od życia i robić to lubi, ale się boi. Są jednak tacy, którzy się nie boją, jak Arnold. I takim trzeba kibicować!

Serdecznie dziękuję samemu autorowi za czas poświęcony na napisanie tego tekstu, ale też Wydawnictwu Kłobook, które kolejny raz bardzo ciepło przyjęło moją propozycję oraz zawsze służy pomocą. W rezerwie mam tekst jeszcze jednej ich autorki, także Kłobook jeszcze powróci i miejmy nadzieję, że nie raz!
UWAGA!
Jeśli chcesz się do nas zgłosić, nie czekaj! 
Napisz! 
Opowiedz nam w skrócie swoją historię i przedstaw nam swoją książkę, 
a my z pewnością przyjmiemy cię z otwartymi ramionami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz