wtorek, 20 grudnia 2016

#3 Wywiad: Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk - lekarka, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, aktualnie w trakcie specjalizacji z medycyny rodzinnej.
Z pochodzenia Warszawianka, zakochana w praskiej części miasta. Szczęśliwa mężatka, właścicielka dwóch kocich indywidualności, które często uniemożliwiają jej korzystanie z laptopa. Zamierza stworzyć powieść z każdego gatunku, by wreszcie znaleźć ten, w którym czuje się najlepiej. Ma już na swoim koncie kilka powieści fantasy, powieść grozy oraz science fiction, wdała się także w romans z kryminałem.

Sławę przyniósł jej zwariowany cykl o przygodach studentki Wiktorii, która po swojej tragicznej śmierci trafia do piekła. W jej skład wchodzą części: "Ja, diablica" (2010), "Ja, anielica" (2011) oraz "Ja, potępiona" (2012).

Tak sama pisze o sobie autorka. Po więcej informacji zapraszam na jej bloga: Katarzyna Berenika Miszczuk.


Dla Gdzie wydać? Pani Kasia zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań.


Zapraszam!



  Pisanie towarzyszy Pani od dawna. Z moich informacji wynika, że swoją pierwszą książkę – "Wilk" – wydała Pani już jako nastolatka. Duża część naszych czytelników to właśnie pełni ambicji, młodzi ludzie, którzy często napisane w całości teksty trzymają w szufladach. Jaką ma Pani dla nich radę "na start"?
  Katarzyna Berenika Miszczuk: Przede wszystkim debiutant pod żadnym pozorem nie powinien chować swojego utworu do szuflady. W ten sposób na pewno nie zostanie wydany. Trzeba się odważyć i pokazać książkę. Na początek można ją zademonstrować rodzinie, przyjaciołom. A po wysłuchaniu ich opinii i krytyki (która będzie konstruktywna, jeśli nam dobrze życzą) wysłać maszynopis do kilku wydawnictw. Ja zaczynałam pisząc dla samej siebie. Swoją pierwszą powieść pokazałam najpierw mojej mamie, a potem najlepszej przyjaciółce. Obie mnie wspierały i pokazywały co mogłabym poprawić. Dzięki przyjaciółce napisałam ciąg dalszy przygód bohaterów – „Wilczycę”. A następnie odważyłam się wykonać kolejny krok i pokazać maszynopis mojej polonistce w liceum. Ona namówiła mnie bym wysłała książki dalej.


  Kiedyś zastanawiałam się, czy powieści “Wilk” i “Wilczyca”, pani debiuty, sprawiały jakieś kłopoty? Czy może był to strzał w dziesiątkę, a wydawcy od razu powiedzieli: “bierzemy to!”?
  Oba tomy od razu spodobały się wydawcy. Jako, że nie wierzyłam we własne siły powieści wysłałam tylko do jednego wydawnictwa – wyd. Muza. Redaktorom w Muzie utwór przypadł do gustu i zaproponowali mi podpisanie umowy. Teraz, po latach, wiem iż był to błąd, bo trzeba próbować wszędzie gdzie się da. Często trafienie swoim tekstem w gust recenzenta przypomina grę w toto–lotka. Przy kolejnej mojej powieści pt. „Ja, diablica” maszynopis wysłałam do pięciu wydawnictw. Pozytywną odpowiedź dostałam tylko od jednego.


  Czy zdarzają się pani chwile słabości związane z pisarstwem? Czy nadszedł kiedyś ten krytyczny moment zastoju?
   Zastój w pisaniu pojawia się często, przy każdej książce. Człowiek nie jest maszyną. Nie ma możliwości, żeby każdego dnia świetnie się pisało. Gdyby tak było, to autorzy wydawaliby cztery książki rocznie, a nie jedną bądź dwie. Czasem po prostu od tekstu trzeba odpocząć. Zrobić sobie kilka dni bądź tygodni wolnego i „odświeżyć głowę”.


  Otrzymujemy od czytelników wiadomości z próbkami swoich tekstów, mimo że nie jesteśmy wydawnictwem i nie mamy kwalifikacji do ich oceny. Oczekują oni jednak jakiejkolwiek opinii, czasem chcą jedynie podzielić się z kimś swoją twórczością. Co Pani o tym sądzi? Warto sięgać rady u innych osób, może lepiej doświadczonych, i szukać uwagi czytelników? Czy raczej jest Pani zdania, że pisarz powinien tworzyć historię dla siebie, według własnego uznania i nie zważać na opinie innych? – w granicach rozsądku, oczywiście. Czy czytelnicy są dla pani czymś w rodzaju paliwa pozwalającego, nawet mimo ciężkiego dnia, usiąść i na spokojnie dopisać to kilka stron?
  Uważam, że swoją twórczością należy się dzielić, zwłaszcza na początku swojej pisarskiej kariery. Każda konstruktywna krytyka jest ważna dla pisarza, bo pomaga mu poprawić swój warsztat. Ja czytam wszystkie recenzje moich powieści szukając takiej krytyki, żeby dowiedzieć się, co mogłabym zrobić lepiej przy następnej książce. Oczywiście nie należy zmieniać całej historii dlatego, że ktoś nam tak powiedział. To jest jednak nasza historia, a nie recenzenta. Do mnie także piszą młodzi twórcy z pytaniami, czy mogliby przesłać swoje powieści do oceny. Jednak chyba mam jeszcze mniej kwalifikacji od Państwa w tej kwestii i niestety brakuje mi także czasu, żeby się temu poświęcić. Jeśli chodzi o drugą część pytania, obecnie na tym etapie mojego życia, wydaje mi się, że piszę tylko i wyłącznie dla Czytelników. Gdyby nie to, że chcą czytać moje powieści, to naprawdę nie wiem, czy miałabym w sobie tyle samozaparcia, żeby po powrocie do domu z pracy siadać, jakby na to nie patrzeć, do drugiej pracy.


  Jest wiele porad na temat tego "jak pisać?". Jedni mówią, żeby potraktować to trochę jak pracę i codzienne napisać choćby jedną stronę, aby zachować dobry warsztat, a drudzy z kolei odradzają pisanie na siłę. Polecają poczekać, aż pojawi się ta osławiona wena. Jaka jest pani opinia na ten temat?
  Ja nigdy nie piszę na siłę. Taka metoda zwyczajnie się u mnie nie sprawdza. Za szybko się wtedy wypalam i pisanie zupełnie przestaje sprawiać mi przyjemność. Gdy zmuszam się, żeby tylko „nastukać” na klawiaturze jeszcze kilka stron, bo „deadline goni”, to następnego dnia przeważnie wszystkie te zapisane kartki wyrzucam. Wiem jednak, że ilu pisarzy tyle metod pisania w związku z czym ciężko mi określić jak najlepiej tworzyć. Każdy musi znaleźć swój rytm pisania.


  Słyszałam, że jest Pani lekarzem. To niezwykle wymagająca profesja, trzeba poświęcić jej dużo czasu i uwagi. Jak udaje się Pani pogodzić to z pisaniem?
  Niestety coraz trudniej jest mi to pogodzić. Na studiach medycznych wyobrażałam sobie, że gdy wreszcie pójdę do pracy, to będę miała mnóstwo czasu na pisanie. W końcu nie będę musiała już wieczorami się uczyć! Życie szybko wytłumaczyło mi, że było to tylko łatwowierne marzenie Piszę głównie w weekendy, święta, urlopy i, o ile mam jeszcze siłę myśleć po przyjęciu trzydziestu pacjentów w przychodni, wieczorami. Podoba mi się natomiast, że będąc lekarzem mam bardzo duży kontakt z ludźmi, mogę wysłuchać ich historii i czasami wpaść dzięki temu na jakieś genialne rozwiązania fabularne we własnych powieściach.


  Jedyną z Pani książek, której nie przeczytałam jest “Gwiezdny Wojownik”. Jednak znając resztę, zadziwia mnie swoboda z jaką pisze pani każdą kolejną. Od wilkołaków, po perypetie młodej dziewczyny, która spaceruje a to po niebie, a to po piekle, do słowiańskiego romansu, gdzie bohaterka nosi imię Gosława, a nie pierwsza lepsza Dżesika lub Andżelina, Polska ma króla, olśniewająco przystojny główny bohater nazywa się Mieszko, a Gosia spaceruje po lesie i wchodzi w dialogi z drzewami i Bogami. Dalej można znaleźć kryminał z tajemniczą wyspą, czy historię, która toczy się w kosmosie – może to przez ostatnią premierę Star Wars? – oraz nawet romans, którego akcja rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym.
  Osobiście bardzo podziwiam pani zdolność do tworzenia nowych realiów, do tak prostego przeskakiwania między pomysłami, tematami, nawet światami. Brakuje jeszcze czegoś w prehistorii i starożytności :)
  Cały ten wstęp miał jednak na celu proste pytanie: z czego czerpie pani inspirację? Z muzyki, sztuki, historii? Pani twórczość to cała gama różnych wierzeń i gatunków literatury. Bawi, zaskakuje, wciąga, a jest tak różnorodna. Jak pani to robi?
  Cały czas tak naprawdę szukam gatunku, w którym czułabym się najlepiej. Zaczynałam od paranormal romanse i historii o nastoletniej miłości do wilkołaka. Potem postawiłam na powieści przygodowe z elementami romansu i fantasy – tak powstała „Ja, diablica” oraz jej kolejne odsłony. Jednak ciągle mało mi było eksperymentowania, więc stworzyłam powieść grozy „Druga Szansa”, science – fiction „Gwiezdny Wojownik” oraz kryminał „Pustułka”. Teraz wróciłam z przytupem do powieści przygodowych z elementami fantasy cyklem „Kwiat paproci”, w którym możemy poznać losy młodej uczennicy szeptuchy – Gosławy. Przed napisaniem każdej kolejnej powieści zadaję sobie pytanie czego jeszcze w literaturze nie było, albo czego jest za mało. Tak powstała seria o diablicy, niedoszłej anielicy, oraz „Kwiat paproci”. Z kolei do napisania „Gwiezdnego Wojownika” zainspirował mnie mój mąż, który na studiach zaraził mnie pasją do gry „Star Wars Old Republic”.


  Byłam raz na pani spotkaniu autorskim. Miałam wtedy niecałe piętnaście lat i zdecydowanie nie mogłam się go doczekać. Czytelnicy może nie pchali się drzwiami i oknami, jednak wszyscy, którzy przyszli, byli wyraźnie zainteresowani. Jak wygląda to teraz, kilka lat później? Czy nadal spotkania autorskie sprawiają pani tyle samo radości, co wtedy?
  Po tych kilku latach zdecydowanie moje spotkania autorskie zmieniły swoją formułę. Stałam się bardziej rozpoznawalna, na swoim koncie mam już 10 powieści i kolejne w drodze. W związku z tym przychodzi na nie bardzo dużo Czytelników. Poza tym jestem teraz o wiele odważniejsza jeśli chodzi o sceniczne wystąpienia. Nie drżę już ze strachu przed publicznym przemawianiem. Chyba mogę powiedzieć, że dopiero teraz, gdy pozbyłam się strachu, spotkania zaczęły sprawiać mi bardzo dużo radości. Po każdym wieczorze z Czytelnikami mam naładowane akumulatory do dalszego pisania.


  Na sam koniec chciałabym zapytać o pani przygodę z wydawnictwami. Jeśli dobrze pamiętam, wydaje pani w W.A.B od lat. Czy została pani przy nim z sentymentu, ponieważ wydała tam pani pierwszą książkę, czy raczej jest to tak rzetelna firma, że rozstawać się z nimi byłoby grzechem?
  Pierwszą powieść wydałam w wydawnictwie Muza („Wilk”), drugą w Egmoncie („Wilczyca”). Z wydawnictwem W.A.B. (obecnie Grupa Wydawnicza Foksal) związana jestem od 2010 roku, czyli od ośmiu powieści. Jest to zdecydowanie rzetelna, bardzo profesjonalna firma, przez lata zdążyłam się już zaprzyjaźnić z jej pracownikami. Żal byłoby mi opuszczać tak miłe towarzystwo. Oczywiście nigdy nie można przewidzieć przyszłości, może kiedyś będę współpracować z inną oficyną. Jednak na razie nigdzie się nie wybieram.



Bardzo dziękuję pani Katarzynie Miszczuk za wyczerpujące odpowiedzi. Rzadko można spotkać się z taką życzliwością, więc było to naprawdę bardzo miłe doświadczenie, mam nadzieję, że nie tylko dla mnie! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz