poniedziałek, 18 stycznia 2016

#6 PW: Maria Paszyńska

Maria Paszyńska
Maria Paszyńska, tegoroczna debiutantka, którą zaprosiłam do naszego cyklu nie ze względu na to, że jest moją imienniczką, a przez niewątpliwy talent pisarski. Rozmawiając ze mną we wtorek, życzyła mi miłego poniedziałkowego wieczoru, co tylko świadczy o nawale pracy i – w moim odczuciu – o artystycznej duszy osoby, która buja w obłokach.
Poznajcie tę przesympatyczną kobietę i jej historię!



Początkiem początku było słoneczne, wrześniowe popołudnie 2013 roku. Na jednym z portali internetowych znalazłam ogłoszenie o konkursie na powieść obyczajową na tle historycznym organizowanym przez duże wydawnictwo.
To coś dla mnie! – pomyślałam. Czym prędzej odkopałam z głębin mojej pisarskiej szuflady notatki i pojedyncze rozdziały książki, którą chciałam napisać od dawna, a na której dokończenie nigdy nie miałam czasu. Okoliczności były sprzyjające, bowiem mijał właśnie czwarty miesiąc mojego urlopu macierzyńskiego, a to oznaczało brak możliwości rychłego powrotu do pełnoetatowej pracy w kancelarii. Decyzja zapadła – teraz albo nigdy. Postanowiłam spróbować wykorzystać dany mi czas na spełnienie jednego z moich życiowych marzeń, czyli oddania pod recenzencki nóż utworu o objętości przekraczającej rozmiary gazetowego felietonu. Powieści pisałam w trybie ciągłym od skończenia liceum, jedyny problem stanowił kompletny brak czasu na szlif redakcyjno-korekcyjny, który wydawał mi się conditio sine qua non.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam i od tej pory każdą wolną chwilę poświęcałam pracy twórczej. W lutym „Warszawski niebotyk” był gotowy. Parę życzliwych osób w miarę zgodnie orzekło, że tekst jest satysfakcjonujący, a tym, którzy zgłosili zdania odrębne zawdzięczam dużo konstruktywnych uwag, znacznie podnoszących jakość utworu. Wysłałam zgłoszenie i czekałam. Mąż wprawdzie zachęcał, bym od razu rozesłała książkę po wydawnictwach, ale ja uparcie twierdziłam, że powinniśmy poczekać na rozstrzygnięcie konkursu, które miało nastąpić już za… pół roku! Poczekaliśmy. W dniu, w którym miał zostać podany werdykt jury, na stronie wydawnictwa ukazał się komunikat, że konkurs pozostanie nierozstrzygnięty. Pół roku czekania poszło na marne.
Postanowiłam zatem rozesłać powieść do wydawnictw. Znajomy, który w owym czasie wydał w formie książkowej reportaż ze swojej podróży kajakiem przez Syberię, doradził, bym nie wysyłała powieści pocztą elektroniczną, lecz w formie maszynopisu, tradycyjnie w kopercie ze znaczkiem, co też skwapliwie uczyniłam, uznając go za wiarygodne źródło informacji, jako że proces wydawniczy miał już za sobą.
Obrałam nieco nietypową, jak się później okazało, strategię, gdyż zamiast wysłać książkę „hurtem” do wszystkich wydawnictw, wysyłałam… pojedynczo. Wyglądało to mniej więcej tak: wysyłałam, czekałam na odpowiedź, jeśli nie nadchodziła, a minął deklarowany przez wydawnictwo A czas na jej udzielenie, wysyłałam do wydawnictwa B. To był moment prawdziwej próby charakteru. Czas, w którym jak nigdy przedtem, moje myśli krążyły wokół zagadnień związanych z organizacją pracy poczty, gdyż zastanawiania się czy odpowiedź nie nadchodzi, bo wydawca nie jest zainteresowany, czy może dlatego, że na poczcie przydarzyło się coś, co uniemożliwiło przesyłce dotarcie. Moja wyobraźnia w tym okresie przeżywała swój złoty wiek (wymyśliłam z milion przygód, które mogły spotkać paczkę z moim maszynopisem), ale ta niepewność była trudna do zniesienia. Dlatego apeluję do wydawców, żeby choć jednym zdaniem („Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani” w zupełności wystarczy), skracali męki adeptów sztuki pisarskiej, zamiast pozostawiać ich w otchłaniach wątpliwości i złudnych nadziei.
Nie mam wprawdzie zbyt wielkiej próby, gdyż o czym za chwilę, wydawca szybko się znalazł, ale odpowiedzi otrzymałam dokładnie dwie. Od wydawnictwa W.A.B., które na dodatek w swojej uprzejmości odesłało mi rękopis oraz z Bellony, które to wydawnictwo oprócz dokonania zwrotu maszynopisu, napisało do mnie krótki, przesympatyczny list, wprawdzie odmowny, ale z życzeniami wszystkiego dobrego. Myślę, że warto mówić o tych, którzy potrafią odpowiednio się zachować, nawet gdy mają do czynienia z debiutantem. Z niewiadomych przyczyn debiutant uchodzi za pisarza drugiej kategorii, któremu odmawia się z założenia, choć nikt jeszcze nie zapoznał się z treścią właściwą jego twórczości. A przecież historia literatury zna przypadki genialnych twórców, którzy napisali tylko jedną powieść, ot choćby Margaret Mitchell, która za swój debiut otrzymała… Nagrodę Pulitzera.
Ad rem, pewnego dnia moja siostra, historyk sztuki z wykształcenia i zamiłowania, przyniosła mi katalog wystaw Muzeum Narodowego wydany przez Wydawnictwo Poznańskie. Pomyślałam wówczas, że to jest wydawnictwo dla mnie. Jako pasjonat historii znałam je od dawna, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że mogą zechcieć opublikować powieść, nawet taką, w której wątek historyczny jest silnie rozbudowany. Mimo rzeczonych wątpliwości postanowiłam jednak sprawdzić ich profil wydawniczy i tak trafiłam na imprint Wydawnictwa Poznańskiego, czyli Czwartą Stronę. Ponieważ właśnie nadszedł czas kolejnej próby pozyskania wydawcy, wysłałam „Warszawski niebotyk” do Poznania, choć tym razem via e-mail, gdyż byłam świeżo po operacji kolana i wyprawa z dużą paczką na pocztę stanowiła wyzwanie.
Tu moja opowieść dobiega końca, a raczej końca początku. Wkrótce bowiem dostałam wiadomość z zapytaniem, czy propozycja jest nadal aktualna. Stało się, miałam wydawcę. Było kwietniowe przedpołudnie 2015 r. czas pisków, podskoków (na jednej nodze sic!), komórki nagrzanej od kilkudziesięciu rozmów z bliskimi, ciśnienia krwi znacznie przekraczającego dopuszczalne normy kardiologiczne, policzków bolących od uśmiechu dobry, piękny dzień spełnionego marzenia.
Kilka dni później, podczas służbowej podróży do Poznania, umówiłam się na osobiste spotkanie z moim obecnym Wydawcą Czwartą Stroną. Był słoneczny, wiosenny dzień, na skwerku przy Moście Teatralnym śpiewały ptaki, jednym słowem happy end. Kurtyna opada.


Serdecznie dziękuję Pani Marii, że zechciała napisać dla nas ten krótki tekst. Doceniamy! Zarazem zachęcam do zapoznania się z jej twórczością.

5 komentarzy:

  1. Został tutaj poruszony bardzo ważny temat opisywania na zgłoszenia nawet negatywnie - byle w ogóle. Nie piszę książek a bloga i z przykrością stwierdzam, że to stała praktyka - dopisuje, w najlepszym wypadku, co trzecie wydawnictwo. Tym niemniej, Czwarta Strona może sobie tylko pogratulować "nosa" bo książka jest fantastyczna, tak samo zresztą jak jej autorka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, co racja to racja. Osobiście nie wysłałam jeszcze nigdzie propozycji wydawniczej, ale wystarczy, że spojrzę na listę wydawnictw, które nam nie odpisały na GW, żebym wiedziała, gdzie kategorycznie książki nie wysyłać. Czwartą Stronę mogę polecić z czystym sumieniem - odpowiedź od nich otrzymałam bardzo szybko, co więcej osoba, z którą mailowałam, później również bez problemu zgodziła się odpowiedzieć na dodatkowe pytanie zadane przez czytelnika jakieś dwa miesiące później. Możesz mi wierzyć, że po zwykłych mailach można wyczuć nastawienie wydawcy do debiutantów/nowych inicjatyw. Polecam też Genius Greations - pierwsze wydawnictwo, które nam odpisało :) Z doświadczenia przyjaciółki wiem, że odpisują każdemu autorowi, jaki podesłał im swój tekst, a w przypadku odmowy, piszą, co było tego powodem. Poza tym na bieżąco śledzę ich stronę na Facebooku i widać, że pracuje tam zgraja naprawdę świetnych ludzi, a autorzy czują się u nich dobrze. Małe wydawnictwo z wielką przyszłością:)

      Książki niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytać, jest na liście "do przeczytania w 2016 roku". Za autorkę jednak ręczę, ze jest fantastyczna i z pewnością trochę zakręcona :P

      Pozdrawiam serdecznie,
      Chustii

      Usuń
    2. W sumie ja piszę książkę, ale i prowadzę bloga z recenzjami: na moją prośbę mailową o współpracę odpowiedziało tylko Wydawnictwo SQN. Wysłałam np. do Maga czy Media Rodzina, ale do dnia dzisiejszego ani słowem: nie jesteśmy zainteresowani. Jedynie to wydawnictwo Czarna Owca odpisała, że nie potrzebują już blogerów, ale życzą mi powodzenia i wytrwałości oraz z chęcią będą śledzić bloga, ale naprawdę masę Wydawnictw nie odpisuje czy to z zapytaniem na pw na fb czy to mailowo o współpracę.
      Ja się nie denerwuję i nie załamuje, jeśli wydawnictwo wyśle odmowną decyzję, ale najważniejsze, że odpowiedzieli, a nie zlewali.
      Kiedy będę rozsyłać w przyszłym roku książkę, to mam kilka wydawnictw na uwadze, a mianowicie: Czwartą Stronę, SQN, Genius Creations, Insignis, Media Rodzina. Zastanawiam się nad Fabryką Słów. Choć wiem, że raczej FS mi nie odpisze, ale wysłać nie zaszkodzi. To nic nie kosztuje.

      Usuń
  2. Pani Paszyńska umie wykorzystywać sprzyjające momenty!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czas, w którym jak nigdy przedtem, moje myśli krążyły wokół zagadnień związanych z organizacją pracy poczty, gdyż zastanawiania się czy odpowiedź nie nadchodzi, bo wydawca nie jest zainteresowany, czy może dlatego, że na poczcie przydarzyło się coś, co uniemożliwiło przesyłce dotarcie.
    Jak nigdy przedtem to wtrącenie, więc powinno być wydzielone przecinkami z obu stron. // (...) czyli zastanawiania się (...). // Przecinek przed czy odpowiedź nie nadchodzi.

    Nie mam wprawdzie zbyt wielkiej próby, gdyż o czym za chwilę
    O czym za chwilę to wtrącnie, więc brakuje przecinka również przed nim. Choć lepiej wyglądałoby, gdyby zostało wydzielone myślnikami.

    Było kwietniowe przedpołudnie 2015 r. czas pisków
    Brakuje dwukropka, myślnika lub chociaż przecinka przed czas.

    Jednym słowem happy end
    W zasadzie to dwa słowa, ale wiadomo, o co chodzi. ;)

    OdpowiedzUsuń