czwartek, 3 września 2015

#3 PW: Piotr Adamczyk


Witam!

Jak widać, cykl „Pisarskie wspomnienia” się rozwija! Zaangażowanie pisarzy bardzo nas cieszy i  mamy nadzieję, że nie będzie ono malało.

Piotr Adamczyk

Dzisiaj przedstawiam Wam wspomnienia Piotra Adamczyka ― i niech zestawienie imienia oraz nazwiska Was nie zmyli! Nie mam na myśli sławnego aktora, a poczytnego pisarza dwóch książek oraz licznych felietonów.
Poznajcie go, zapraszam...



Jak to było z wydawcami?
Prowadziłem bloga, dość popularnego swojego czasu, zainteresowało się nim wydawnictwo Szafa. Jego szefowa zapytała, czy mam coś więcej. Nie bardzo miałem, ale skłamałem, że mam i wyślę za miesiąc. Przez ten czas usiłowałem sklecić coś więcej. Wysłałem. I to był, oczywiście, błąd. W pierwszym kontakcie z wydawcą nie ma nic gorszego, niż wysłanie gniota. Szefowa „Szafy” uczciwie odpisała, że rzecz jest do dupy.
I tak zostaliśmy przyjaciółmi.
Miałem na temat swojego ćwierć produktu jednak inne zdanie, więc zainwestowałem w drugi miesiąc pracy, zmieniłem dla niepoznaki tytuł i – tym razem już półprodukt ― wysłałem do kilkunastu wydawnictw. Oczywiście tych najbardziej liczących się, a jakże. WAB, Świat Książki, Czarne, Literackie itd…
Miesiące nerwowego oczekiwania. Z piętnastu adresatów, którym wysłałem swój debiut, dwóch odpowiedziało, że mają już zaplanowany rok wydawniczy. Bardzo elegancka odmowa. Brawo WAB, brawo ten drugi, nie pamiętam kto… Reszta nawet nie odpisała.
Nawiasem mówiąc, fakt, że człowiek jest, dajmy na to, mało zdolny i wysyła gniota, nie tłumaczy chamstwa drugiego człowieka, reprezentującego wydawnictwo, które tego niezdolnego nieszczęśnika totalnie olewa. Elementarna kindersztuba wydawnictwu nakazywałaby odpisać: „wal się grafomanie na ryj”, „wsadź se te swoje wypociny w dupę” lub cokolwiek równie wysublimowanego. A tu nic – wyniosłe milczenie. Wiadomo, jak ktoś pracuje w wydawnictwie, to pewnie płacą mu za to, żeby w kontaktach z potencjalnymi autorami wyniośle milczeć.
Po pół roku, kiedy już zapomniałem, o czym jest moje wiekopomne dzieło, sięgnąłem do niego ponownie i spokojnie, powoli je przeczytałem. Włos mi się zjeżył na głowie. Nudny początek, słaba konstrukcja, banalny koniec. Trzy grzechy śmiertelne. Z całości zostawiłem kilka zdań oraz pomysł i napisałem rzecz od nowa. Tak powstało „Pożądanie mieszka w szafie”, które wysłałem do kolejnych wydawnictw. Pięciu czy sześciu. Pierwsze odpowiedziało po… trzech dniach. To była Dobra Literatura. Tydzień później gotową umowę przysłał Rebis. A miesiąc później – zgłosiły się z gotowymi umowami dwa następne wydawnictwa.
Jaki jest z tego wniosek? Przede wszystkim taki, że – wbrew obiegowym opiniom – debiut wcale nie jest aż taki trudny, o ile nie staramy się zaoferować wydawnictwom kitu. To bywa trudna miłość, ale oni przecież żyją z tego, że wydają książki, a fakt, że niektórzy są źle wychowani, nie powinien nas jednak zniechęcać. Trudność debiutu polega na bezkrytycznym przywiązaniu autora do swojego „dzieła”, które często jest zaledwie mniej lub bardziej udanym punktem wyjścia do czegoś naprawdę dobrego. Mnie na początku zgubiła pycha, bo wydawało mi się, że skoro jestem autorem kilkuset opublikowanych felietonów i reportaży, to automatycznie jestem też dobrym autorem powieści. A to jednak zupełnie inne światy.
To, że wybór Dobrej Literatury był świetnym pomysłem, okazało się w dniu, w którym z drukarni dostałem w paczce pierwsze egzemplarze książki. Myślałem, że będę się cieszył jak z pierwszego seksu, a tymczasem… opadł mnie smutek, głęboki, depresyjny. Dzwonię do Agnieszki Brzezińskiej, szefowej wydawnictwa i mówię:
― Aga, jakoś dziwnie się czuję, zupełnie jakbym popadał w depresję.
A Aga na to:
― Nie martw się, to normalne. Większość autorów tak ma, ale się nie przyznaje. Jak widzą już swoją książkę, to nagle spada z nich całe napięcie, adrenalina, a organizm nie rozumie, co się dzieje i zaczyna świrować.
Przyjechała, wypiliśmy butelkę wina i od razu na świecie zrobiło się lepiej. W takich sytuacjach małe wydawnictwa są nieocenione. Dla dużych liczy się to, ile na tobie zarobią, a nie twoje humory.
Wydawcą mojej drugiej powieści, „Domu tęsknot”, została jednak Agora, duże wydawnictwo. Ujęło mnie tym, że z ciekawości wysłałem im pierwsze trzydzieści dopiero co napisanych stron, a oni zdecydowali się podpisać umowę. Nieważne, że trzydziestą pierwszą stronę dopiero pisałem...


Cisza wydawnictw nam ― Załodze GW ― również nie jest obca. Ale po co się zniechęcać, skoro można walczyć dalej? ☺
W swoim działaniu jednak nie można być pochopnym i myślę, że każdy początkujący pisarz powinien mieć to na uwadze. Jak to się mówi: „co nagle, to po diable”. Lepiej wysłać sprawdzoną pięć razy powieść z rocznym opóźnieniem, niż świeżo wyskrobany maszynopis „na już-teraz!”. Pamiętaj, drogi Czytelniku, że jeśli jest Ci pisane zostać Wielkim Pisarzem ― zostaniesz nim.  A w obliczu tej sławy, rok w tę czy we w tę różnicy nie robi, prawda?
Więc nie śpieszmy się, kochani! Bądźmy cierpliwi i wyrozumiali dla siebie, natomiast nad swoim „dzieckiem” pastwmy się ile wlezie.
Aż do bólu. Aż będzie doskonałe.


Serdecznie dziękuję Panu Piotrowi, że zechciał napisać dla nas ten krótki tekst. Doceniamy! Zarazem zachęcam do zapoznania się z jego twórczością.

6 komentarzy:

  1. Super podejście Autora :) zgadzam się w całej rozciągłości!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, jak to się mówi, do trzech razy sztuka, więc czemu i przy pisaniu książek nie miałoby się sprawdzać. Ta informacja bardzo podniosła mnie na duchu

    OdpowiedzUsuń
  3. W pierwszym kontakcie z wydawcą nie ma nic gorszego, niż wysłanie gniota.
    Ten przecinek wygląda na zbędny.

    Oczywiście, tych najbardziej liczących się
    Bez przecinka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Autor ma super podejście!
    Podoba mi się!
    Gdyby wszyscy takie mieli, na tym świecie nie byłoby tak dużo książek "wpychanych" na siłę na półki w księgarniach.
    Pozdrawiam,
    Isabelle West

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja zdecydowałem na pierwszy druk w Reprotechnice, podrzucam link: wrocław drukarnia. Na razie mały nakład, ale myślę, że zajęcie się samodzielnym wydaniem było dobrym krokiem.

    Pozdrawiam serdecznie,
    ale.kow.

    OdpowiedzUsuń