wtorek, 14 lipca 2015

#1 PW: Agnieszka Walczak-Chojecka

Witamy!
Z dniem dzisiejszym wprowadzamy w życie nowy projekt: Pisarskie wspomnienia

Będziemy zamieszczać na blogu krótkie teksty podesłane nam przez autorów, którzy zechcą podzielić się z nami swoimi perypetiami, gdy pisarzami jeszcze nie byli, a być dopiero zamierzali – tak, jak p. Agnieszka Walczak-Chojecka, która umili nam dzisiejszy wpis swoją historią.  


Cierpliwość debiutanta I
p. Agnieszka Walczak-Chojecka
Ostatniej nocy długo nie mogłam usnąć. A wszystko przez moje wydawnictwo! Pod wieczór otrzymałam „Dziewczynę z Ajutthaji” w tzw. „złamanej postaci”, czyli przygotowanej do druku. Na widok mojej pierwszej książki, już prawie gotowej, ogarnęła mnie okrutna ekscytacja, niczym przed prawdziwym porodem. Biegałam po domu, wydając dzikie okrzyki, jakbym co najmniej otrzymała nominację na człowieka roku. Mąż zaniepokojony wystawił głowę z gabinetu, w którym pracował nad poważnym biznesowym projektem i spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Dwunastoletnia córka uśmiechnęła się z pobłażliwą wyrozumiałością. Nie od dziś wiedziała, że jej mama unosi się czasami trochę nad ziemią.
Zanim jednak nastąpił wczorajszy miły wieczór, musiało upłynąć wiele wody. Dużo, dużo więcej niż się w swej debiutanckiej naiwności spodziewałam.
Kiedy w grudniu zeszłego roku kończyłam pisać książkę, byłam przekonana, że wybrałam na to znakomity moment. Moja barwna wizja zakładała, że już na Walentynki zakochani będą wręczać sobie moje dzieło. Oczami wyobraźni widziałam „Dziewczynę...” na księgarskich półkach bestsellerów w największych salonach Empiku i Matrasa.
Zaprzyjaźniona pisarka, która z niejednego wydawniczego pieca chleb jadła, ostrzegła mnie lojalnie, że jako debiutant będę miała farta, jeśli książka ukaże się za rok. Bo przecież na dzień dobry trzeba zmierzyć się z wyzwaniem i znaleźć wydawnictwo, któremu niestraszny debiutant. Kolejki do weryfikacji powieści długie, na odpowiedź czeka się miesiącami. Czasem trzeba stoczyć bój przy uzgadnianiu warunków umowy, co również zajmuje czas i nieraz kubek melisy okazuje się niezbędny. Dopiero kiedy książka wejdzie w plany wydawnicze, zyskuje prawdziwą atencję.
Niby słyszałam, co mówi doświadczona autorka, jednak w mojej głowie dalej panowały piękne wizje. A potem nadszedł czas czekania... Po dziesięciu miesiącach wiedziałam już, że znajoma miała rację i największą cnotą debiutanta jest cierpliwość. Nie piszę tego po to, by kogokolwiek zniechęcić do tworzenia. Wręcz przeciwnie, mój przykład pokazuje, że można znaleźć mądrych miłośników słowa, takich jak mój wydawca, którzy zechcą zainwestować w pierwszą książkę polskiego autora.

Grudzień 2013

Cierpliwość debiutanta II
Niedawno napisała do mnie pewna dziewczyna, niecierpliwie oczekująca na odpowiedź z wydawnictwa w sprawie swej powieści, mówiąc, że moje wyznania uspokoiły ją na wiele dni, a może nawet tygodni. Teraz już wie, że należy spokojnie czekać.
Inna wspominała swe odczucia, gdy otrzymała z wydawnictwa dobrą wiadomość. Ponoć kłaniała się redaktorowi do słuchawki telefonu, a rodzina pękała ze śmiechu.
Zaprzyjaźniona autorka wyznała mi, że dla jednej ze swoich książek poszukiwała wydawcy aż sześć lat. To dopiero nazywa się cierpliwość! Ja takiej na pewno bym nie miała. Dwadzieścia lat pracy w korporacjach wyrobiło we mnie przekonanie, że czas to pieniądz. W przypadku książek nie należy oczywiście owego pieniądza traktować dosłownie, gdyż jego ilość jest śladowa.
Dziś podzielę się z Wami kilkoma historiami, jakie przytrafiły mi się, gdy szukałam wydawcy dla „Dziewczyny z Ajutthai”.
Już po dziesięciu dniach od rozesłania rękopisu do wydawnictw otrzymałam maila, że jest firma, która chce moją piękną powieść wydać. Ależ byłam podekscytowana! Co prawda wcale mnie nie zdziwiła pozytywna odpowiedź, bo przecież liczyłam na to, że oferty będą się sypać drzwiami i oknami, jednak szybka reakcja sprawiła mi radość. Zastanowiła mnie tylko forma maila. Zwracano się w nim do mnie per Pan. Zapewne jego autor zapomniał zmienić płeć w gotowym szablonie. Był jeszcze jeden szkopuł – proponowano mi pokrycie połowy kosztów wydania książki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest to na naszym rynku dość powszechny sposób publikacji debiutu.
Nie o tym jednak marzyłam. Natomiast autorska duma nie pozwoliła mi przyjąć oferty.
Od kolejnego wydawnictwa dowiedziałam się, że książka jest za krótka. Tak, jakby jej wartość ilością stron należało mierzyć. Dziś już wiem, że pozycji poniżej 350 tysięcy znaków nie ma nawet co wysyłać, bo i tak na ogół trafiają do kosza.
W następnym miejscu wysłuchałam wielu pochwał na temat mej prozy, by w końcu się dowiedzieć, że połowę książki trzeba napisać od nowa. Pani redaktor, skądinąd zacna i zdolna osoba, stwierdziła, że narracja prowadzona z kilku punktów widzenia może nie wciągnąć czytelnika. Jakoś nie mogłam w to uwierzyć.  
W międzynarodowej firmie wydawniczej poinformowano mnie, że książka bardzo się podoba i chcą ją natychmiast wydać, jeśli tylko... przyprowadzę bogatego sponsora.
I tak bym pewnie się nadal tułała ze swym rękopisem niczym chudy literat, gdybym nie trafiła najpierw do mojego pierwszego niewielkiego wydawcy, a potem do tego, z którym swój los literacki związałam, czyli do poznańskiej FILII. Bo jak sama nazwa wskazuje, jest to Córka, która ma zapał młodzieńczy i pięknie rozkwita, a ja czynię to wraz z nią. We wrześniu w tym wydawnictwie ukaże się już moja trzecia powieść. Poprzednie dwie „Gdy zakwitną poziomki” i „Włoska symfonia” wskoczyły na listy bestsellerów empik.com, matras.pl czy ravelo.pl, a i do klasycznych księgarni szeroką ławą zawitały.
I tego właśnie, oprócz cierpliwości, przyszłym debiutantom życzę.  

Lipiec 2015

***
Sami widzicie, że wydanie książki – szczególnie tej pierwszej – to ciężki kawałek chleba. Jak nie treść, to narracja. Jak nie narracja, to długość utworu. O wymarzonych trzech miesiącach można zapomnieć na rzecz roku, a nawet kilku lat. Najtrudniej chyba przychodzi owa cierpliwość, której mi osobiście brakuje okropnie. Myślę jednak, że ten problem nie tyczy się tylko mnie, prawda? ☺
Więcej o książkach pani Agnieszki znajdziecie na jej stronie oraz Facebooku.

Dziękujemy serdecznie pani Agnieszce za poświęcony nam czas oraz zachęcamy innych autorów do podsyłania podobnych tekstów. Na pewno się nie zmarnują!

6 komentarzy:

  1. Ciekawy post. Z cierpliowosci faktycznie jest trudno dlatego rady pani Agnieszki beda jak znalazl :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy i z pewnością bardzo przydatny post :)

    Ja uwielbiam narrację z kilku perspektyw :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa ^^
      Osobiście też ją bardzo lubię :)

      Usuń
  3. Świetny pomysł na projekt! Mam nadzieję, że tego typu wspomnienia często będą się pojawiać - w końcu, czerpanie wiedzy od bardziej doświadczonych też jest ważne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dużo, dużo więcej, niż się w swej debiutanckiej naiwności spodziewałam.
    Bez przecinka przed niż.

    któremu nie straszny debiutant.
    Niestraszny.

    Już po dziesięciu dniach od rozesłania rękopisu do wydawnictw, otrzymałam maila
    Ten przecinek jest zbędny.

    Był jeszcze jeden szkopuł – proponowano mi pokrycie połowy kosztów wydania książki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest to na naszym rynku dość powszechny sposób publikacji debiutu.
    Nie o tym jednak marzyłam. Natomiast autorska duma nie pozwoliła mi przyjąć oferty.

    I to była bardzo mądra decyzja. Vanity press tylko żerują na naiwności i niecierpliwości, a proponowane pokrycie połowy kosztów to tak naprawdę nie połowa tylko całość plus bonus dla firemki.

    że narracja prowadzona z kilku punktów widzenia, może nie wciągnąć czytelnika.
    Bez przecinka.

    jeśli tylko... Przyprowadzę bogatego sponsora.
    Tutaj wielokropek pełni funkcję zawieszenia głosu, a reszta zdania, która po nim następuje, powinna być zapisana od małej litery.

    ravello.pl
    Ravelo.

    Więcej o książkach pani Agnieszki znajdziecie na jej stronie oraz facebooku.
    Wielką literą: Facebooku.

    OdpowiedzUsuń